O nas

Witamy w Sosnowym Dworze

Nasza rodzina to standardowe 2 (Iza, Piotr) + 2 (Dominika i Mikołaj). Jedynym prawdziwym bieszczadnikiem w rodzinie jest Mikołaj – rówieśnik Sosnowego – przyszedł na świat już tutaj. Pozostała trójka to miejscy osadnicy z północnej Polski (Elbląg, Olsztyn).

Pozostałą część naszego stada tworzą dwa psy, kota nam ukradli i 12 koni (ich liczba jest zadziwiająco progresywna i nie wiem czy to jest max możliwości mojego męża… :))

Mówią o nas niespokojne duchy… Jeszcze do niedawna każdą wolną chwilę spędzaliśmy poza miastem, podświadomie szukając własnego kawałka nieba. To miało być siedlisko z przestrzenią za oknem i dużym stołem dla gości i oczywiście ze stajenką na 2 konie (bo te były z nami od zawsze).

Było takie miejsce pod Elblągiem, ze starymi lipami i własną sową. Były plany i marzenia… Ale życie miało dla nas inny scenariusz – Lublin. Zmieniło się miejsce, ale nie marzenia… Jednak i tam nie było nam dane osiąść na stałe. No chyba, że tworząc weekendową rodzinę, bo Piotr w Krakowie, a my w Lublinie. Oboje w korporacjach, żyjąc od piątku do piątku…

Długi listopadowy weekend i wypad w Bieszczady. Pierwszy i jak widać… brzemienny w skutkach.
Mięliśmy szczęście wtedy spotkać wyjątkowych ludzi, którzy „zaczarowali” nas tak samo jak specyficzne piękno tych gór. Kominek, wino i opowieści o tym jak się tu cudownie żyje ludziom, którzy mięli odwagę, czy raczej byli wystarczająco szaleni, by zostawić swoje miejskie (raczej komfortowe) życie i zbudować od początku swój świat tu w Bieszczadach…
I tak zaczyna się ta niewiarygodna nasza bieszczadzka historia. Decyzja zapadła (przynajmniej w głowie Piotra) już wtedy, w tę listopadową noc. Dla mnie czysta abstrakcja, ale postawiałam warunek… Sprzedamy dom w Lublinie, będą Bieszczady. Cena zaporowa, nikt go nie kupi i problem zniknie.

Dom się sprzedał w ciągu tygodnia. w styczniu kupiliśmy działkę, a w maju wkopywaliśmy pierwszą łopatę. No bo tym razem marzenia nie mogą uciec… bo prowadzą nas bieszczadzkie anioły…

I wtedy zaczęła się proza życia – budowa. Zdecydowanie mniej romantyczny rozdział naszej bieszczadzkiej story. Wysysa energię, zniechęca, czasem odbiera nadzieję, ale i hartuje! Nasz dom powstał w zasadzie przez telefon i bez większych problemów. I w końcu, w lipcu 2006 r. przeprowadziliśmy się pod swój kawałek nieba. a Znajomi robili zakłady, nie czy wytrzymam, ale ile wytrzymam… a ja zamieniłam garsonkę na jeansy, szpilki na kalosze, psychologię i zarządzanie wykorzystując na budowie… i wytrzymałam! Wyzbyłam się miejskich lęków i od nowa faktycznie to ja z Dominiką zamieszkałyśmy na stałe – Piotr jeszcze przez rok był tu tylko weekendowym gościem.

Jakże byliśmy szczęśliwi, że w końcu doświadczymy prawdziwego wiejskiego, ba bieszczadzkiego życia! Bez żalu zamieniłam garsonkę na jeansy, szpilki na kalosze (tu przyznaję z lekkim żalem), a psychologię trzeba było „zmodyfikować” do poziomu budowy.

A potem przyszła pierwsza zima, sielskość bieszczadzkiej wsi jakby trochę wyblakła… Ale to już zupełnie inna historia…

I tu zaczyna się nasza walka o przetrwanie. Sosnowy powstawał w bólach. Kolejne terminy oddania domu odchodziły w zapomnienie. Nasz tzw. wykonawca – firma Nord Line z Rzeszowa – miał oddać dom pod klucz, a zostawił stan surowy (otwarty zresztą) mimo zapłacenia przez nas 90% wartości domu…!

Były chwile czarnej rozpaczy, ale moment oddechu, kolejny element domu przybył i znów się chce. a to najważniejsze – żeby się chciało chcieć, bo przecież każdy kolejny bal, każdy kołek zbliża nas do celu.

Gdyby nie wsparcie przyjaciół, którzy byli z nami w chwilach największej rozpaczy, nasza bieszczadzka przygoda skończyłaby się zanim tak naprawdę się rozpoczęła. Ale to już przeszłość, którą może kiedyś opiszę w „Pamiętniku młodej (stażem…) bieszczadniczki”.

Mimo tylu przeciwności losu, Sosnowy Dwór powstał, my dalej piszemy naszą historię,
starając się aby goście do nas rzyjeżdżający mogli wypoczywając poczuć wspaniałość tego naszego kawałka nieba.
rezerwacja rezerwacja
telefon +48601 066 866
mapa mapa